Na każdym zebraniu jest tak, że ktoś musi zacząć pierwszy…

Co napisać w pierwszym poście? W pierwszym pierwszym.
Stare chińskie przysłowie milczy na ten temat… mnie jakoś nie wypada.

Dlaczego w ogóle? Z braku lepszych zajęć?
Chyba nie. Kiedyś ludzie pisali listy analogowe. Brało się do ręki pióro i zapełniało kartki. Ja też tak robiłem. Większość napisanych listów wysłałem, ale przyznaję, że pisałem głównie ku uciesze własnej. Może dlatego nie jest mi trudno pogodzić się z myślą, że mogę być jedynym czytelnikiem.
A wracając do pytania – już dawno takiego prawdziwego listu nie napisałem i chyba mi tego trochę brakuje. Pisywałem w różnych okolicznościach. Czekając na dworcu autobusowym, podczas długiej podróży pociągiem, nocną porą w domu lub za dnia w dowolnym aktualnym miejscu zakwaterowania. Czas przy tym płynął dość szybko i przyjemnie. W terenie zwykle towarzyszyły mi dźwięki naturalne dla danego otoczenia, w obiektach zamkniętych zazwyczaj muzyka. Wtedy chyba jeszcze szerszej publiczności nie były przedstawiane niczym jej nie przypominające zestawy dźwięków tak chętnie teraz muzyką przez młodzież w wieku szkolnym zwanymi. Z pewnością w owych czasach podobną dygresją podzieliłby się jakiś wcześniej urodzony autor, z tą tylko różnicą, że przedmiotem jego uwagi byłby ten „mój” zestaw dźwięków. Teraz nie jest inaczej. Gdyby ktoś był zainteresowany (jednak łudzę się chyba, że nie tylko ja do tego tekstu wrócę), to oczarowany jestem utworem Your name (Chill) by Sunlounger feat. Lorilee z płyty Sunny Tales. iTunes oferuje licznik odtworzeń dla każdego z utworów w kolekcji i przy tym doliczył na razie do 31. Trochę jednak go oszukałem. Od trzech dni nie słucham bowiem niczego innego w aucie, a teraz już pewnie trzecią godzinę kręci w wolnostojącym zestawie audio. Suddenly by Arash feat. Rebecca zostało dość łatwo wyprzedzone. In my arms i Red blooded woman by Kylie Minogue też już chyba długo się nie utrzymają na wyższej pozycji. Niezagrożenie z pierwszej pozycji na liście liczby odtworzeń spogląda tylko Alexandra leaving by Leonard Cohen.

Jak ja u innych miast muzyki dostrzegam jedynie zestaw dźwięków bez melodii, tak kto inny u mnie miast listu dostrzeże jedynie serię dygresji bez myśli przewodniej. Czy to źle? Może tak, a może nie.

Wracając jednak do analogii z pisaniem prawdziwych listów – niewątpliwie pióro zamieniłem na klawiaturę. Chyba nawet nie chodzi o szybkość pisania. Przecież zwykle przy pisaniu sporo czasu poświęcałem na rozważanie tematów obocznych, więc pewnie samo pióro mi opóźnień znaczących nie wprowadzało. Przyznaję że bardzo polubiłem możliwość edycji tekstu już napisanego. Zdanie lub cały akapit zmieniony na ekranie wygląda jakoś lepiej niż po podobnej korekcie na kartce papieru. Była też papeteria. Tego w formie elektronicznej nie podrobimy. Kartki o zapachu lawendy stają mi przed oczami i nosem jak żywe. Wczoraj kupiłem kilka rolek papieru toaletowego o zapachu lawendy… ale nie wiem, czy dobrze nawiązałem.

Jeśli chodzi o mobilność zestawu do pisania – cóż okazuje się zbliżona. Na pewno nie stać mnie było na tak drogie pióro, ale emocjonalną wartość w kontekście pisania oba zestawy mają zbliżoną.

W tych standardowych listach miewałem w zwyczaju odnotowywać godzinę rozpoczęcia i zakończenia nad nimi „pracy”. Zazwyczaj pory były równie późne. Tu te godziny chyba same się dopiszą.

Pozostaje mi tylko kocicę przekonać, że jej potrzeb w żaden sposób nie zamierzam zaspokajać, a za te wydzierania się po nocy, to nie kota na intymną schadzkę, lecz laczkiem po pysku dostanie. No i nie mogę zapomnieć płyty nazad do auta zabrać…

… have no sense of time when I hear your name

Przyjemnej nocy,
m4urycy

Reklamy