and the world around us won’t stop turning tonight…

Całkiem przypadkiem natrafiłem kiedyś na film Keinohrhasen. O ile nie mogę powiedzieć, że gardzę komediami romantycznymi (choć większość oglądam bardziej dla towarzystwa), o tyle nie spodziewałem się niczego szczególnego w tym zakresie po naszych zachodnich sąsiadach. Niepotrzebnie, o ile można się nie spodziewać niepotrzebnie :) Film okazał się całkiem przyjemny i dość zabawny. Obejrzałem raz jeszcze, bo pierwszą emisją część zaprzyjaźnionych odbiorców pogardziła. Po ogólnie dobrym przyjęciu przyszła kolej na Zweiohrküken. Podobało się na tyle, że obejrzałem drugi raz i kawałek trzeciego. I choć przy pierwszej części miałem wrażenie, że to jakaś autopromocja, a w drugiej niektóre żarty co najmniej nie śmieszą, to jakoś fajnie to wszystko jest splecione. I chyba po to właśnie jest ten wątek komediowy.

Oczywiście cały czas pamiętam, że patrząc na to samo dwie osoby widzą dwie inne rzeczy. Kto widzi to, co ja, ten film polubi. Oba.

Reklamy

jej uśmiech

Naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt, to prawda niepotrzebna wcale mi…

Miałem dziś okazję zobaczyć kolejny film z Julią Roberts. Jakby kto nie wiedzał, a był ciekaw – Notting Hill jest jednym z filmów do których chętnie i względnie często wracam. Jak się zastanawiam, to ten typ urody nie urzeka mnie szczególnie i filmu Pretty Woman chyba nawet nie chciałbym obejrzeć, ale kiedy ta pani się uśmiechnie, to jakoś tak szczególnie miło mi się robi. Nie wiem, czy sam jej uśmiech ma taką moc, czy może to kwestia wszystkich miłych skojarzeń, czy też i jedno, i drugie…

take me as I am, or not at all

teraz mam już gotową odpowiedź na pytanie – po co Ci tyle tych kanałów? Z braku motywacji do ambitniejszych działań i chęci do tych mniej ambitnych sprawdziłem ofertę satelitarnego kanału dla rolników. Brzmi zabawnie, prawda? To jednak nie żart, a przynajmniej moja interpretacja zasłyszanego tam komunikatu „jeśli chcesz współtworzyć nowy kanał dla rolników…”. Ale do rzeczy – tam właśnie trafiłem na teledysk do utworu Pauline – Red Carpet i bardzo mi się spodobało. A co to ma wspólnego z posiadaniem dostępu do wielu kanałów – pewnie bez tego nigdy bym nie trafił na kanał dla rolników, a możliwe że nie trafiłbym w inny sposób na ten utwór. Skoro mogę, to proponuję zapoznanie się:

Co mi się podoba? W tekst się jeszcze nie wsłuchiwałem, ale sposób śpiewania do mnie trafia. Muzyka jest bardzo przyjemna i ciekawa. Klimat teledysku też jakiś taki ciepły i do tego obrazki z Londynu, do którego jakiś sentyment czuję.

A powyższe, jak zwykle już chyba tutaj, tytułem nieściśle powiązanego wprowadzenia – powiązanego obecnością frazy w tekście wspomnianego utworu.

A fraza sama – co oznacza? – skrajną obojętność na to, jak jesteśmy postrzegani i brak potrzeby relacji z innymi, czy może stanowi formę emocjonalnego wymuszenia do wykorzystania w przyszłości – znałeś/znałaś warunki, więc czemu teraz się czepiasz?

Nasuwa się pytanie – „czy chciałbyś o tym porozmawiać” :) Właściwie snu mi to z powiek spędzać nie będzie, ale to jest temat, który chciałbym sobie przemyśleć, albo przegadać. Cóż – uroki nieujawnianego bloga są takie, a nie inne…

chcę widzieć wszystkie ręce w górze!

Takimi słowy odezwał się do zgromadzonej na wrocławskim rynku jeden z wykonawców koncertu sylwestrowego. Wujek Staszek – mistrz ciętej riposty powiedziałby pewnie „to zdejmij te przyciemniane okulary!”

Ale jak zwykle nie o tym dziś chciałem napisać. Czas cały pozostając pod urokiem utworu wspomnianego w poprzednim poście przystosowałem go sobie do odtwarzania mobilnego, w uszy moje więc w pętli płynie drugą już godzinę; za oknem poranek biały cały od śniegu i budynek z tabliczką „Dobiegniew” (choć ten ostatni nie zagościł zbyt długo). W przedziale jestem prawie sam i jest ciepło, a więc przyjemnie. Dobra bateria, opanowany lęk przed nieodpłatnym przekazaniem narzędzi do pisania innemu amatorowi i dostęp do sieci w bieżących okolicznościach jest mi bardzo miły. Chwilo trwaj…

W Nowym roku nie samego zdrowia, ale zdrowia i szczęścia (bo podobno pasażerom Titanica zdrowie akurat dopisywało) – za innym autorem słowa kieruję również do tych, którzy tego nie czytają.

pomieszanie z poplątaniem

Choć dostrzegam, iż czasem w ciszy szybciej przychodzi wykonanie jakiegoś zadania wymagającego skupienia/wysiłku intelektualnego, zazwyczaj przedkładam przyjemność płynącą ze słuchania muzyki nad skrócenie czasu pracy. A często nad wykonywanie tejże pracy przedkładam na przykład napisanie takiego postu… ale jak zwykle nie o tym chciałem pisać.
Wpis ten zapoczątkowany został więcej niż cztery miesiące temu, a że prócz otwierającej dygresji nic innego wcześniej autor zanotować nie raczył – nie ma pojęcia do czego nawiązywać miał tytuł. Z pewnością oddaje to jednak dobrze.
Po długiej przerwie ponownie zastajemy autora późnowieczorową porą przy klawiaturze ze słuchawkami na uszach. W pobliżu ze wszystkich najczujniej śpi kot, ale on też jednak śpi. A autor cieszy się słyszanymi dźwiękami. Tym cieszy się prawie zawsze. To prawie zawsze ma…
Cieszy się też obecnością sieciową osób, do których żywi sympatię i w jakiś sposób ceni. Mają oni umiejętność przelewania myśli na ekran. Częstokroć w przeciwieństwie do autora. Temu bowiem nazbyt często udało się wyrazić swoimi słowami myśl całkiem nie własną. I żeby choć tu było wiadomo, co miał na myśli, należy doprecyzować, że w konsekwencji takiej wypowiedzi odbiorcy całkiem co innego zrozumieli, niż autor myślał, że powiedział. Nie żeby zamiarem było obrażenie inteligencji czytelnika, ale doświadczenie podpowiada, by klucz umieścić w pobliżu zagadki…
Kot wstał. Nikt nie wie, po co…
… See I don’t know everything and I know I’ll never know, I’ll never know…
A to był cytat z Lisy Lavie, o której wspominałem już wcześniej. Podoba mi się sposób, w jaki moduluje głos. Nie u niej tylko zresztą. W tak zwanym międzyczasie trafiłem na bułgarskie radio internetowe i zostałem przy nim przez dobrych kilka tygodni. W rozgłośniach bułgarskich można pewnie różną muzykę usłyszeć, ale mnie szczególnie urzekła ta, którą nazywają chalga. Ulubionym przykładem tego rodzaju twórczości jest Galena (nie wpisując w wyszukiwarce dodatkowo słowa chalga nic pozostającego w związku nie znajdziemy). Większość utworów tego nurtu, na które trafiłem ma pewne cechy wspólne – a jakże – panie śpiewając głos załamują (zabieg zdaje się być celowy, nie zaś skutkiem rozpaczy nad osiągniętym efektem) i, co wydaje mi się równie atrakcyjne, do utworów często zakrada się klarnet lub instrument inny, podobnie brzmiący. Po radiu przyszła oczywiście chęć na samodzielne kreowanie playlisty i tak trafiłem na serwis publikujący materiały audiowizualne i tu się dopiero moje poznanie sycić zaczęło. Po zapoznaniu się z kilkoma materiałami audiowizualnymi doszedłem do wniosku, że na tym interesie ktoś worki z pieniędzmi robi. Można zobaczyć pojedyncze teledyski w stylu koncertu życzeń, by porównać je następnie do materiałów generowanych nieomalże komputerowo, a przynajmniej skalpelem. Złota, maybachów, samolotów i nagości więcej niż w stacji telewizyjnej Sukcesy czarnoskórych afro-amerykanów, czy jak kto woli Trace TV. Kobiety bardziej jak kotki się prężą niż śpiewają – aż trudno się na muzyce skupić. Ciekawym zjawiskiem jest tu duet Andrea i Costi. Kto nie gardzi silikonem, pani długo nie zapomni – pan natomiast fizjonomią (a i zdolnościami wokalnymi chyba też) nie odbiega wiele od przeciętnego stróża nocnego, nie obrażając stróżów nocnych. Uczciwie jednak trzeba zauważyć, że do niego, a nie do mnie przymilają się gromady niedoubranych i mimo wszystko atrakcyjnych niewiast. Nie ja też maybachem ujeżdżam. Tak więc choć bawi mnie jego obecność we wspomnianym miejscu, przyznaję, że umiał się gość, że się tak wyrażę, wokół własnego interesu odpowiednio zakręcić. Gdyby jednak komuś po lekturze wrażeń estetycznych brakowało, polecam wpisać w wyszukiwarkę Azis.

I jeszcze na koniec mi się przypomniało – gdy spodoba mi się jakaś muzyka/wykonawca jedne z pierwszych kroków kieruję na myspace. Tam i ci wykonawcy mają swoje profile, ale są one strasznie ubogie. Mam wrażenie, że wytwórnia kazała im te profile pozakładać, a że nie każdy był i w tym kierunku utalentowany, to wyszło, jak wyszło. Ludzie się wzajemną i z wytwórnią znajomościami obnoszą, nie prezentując wiele więcej. Szkoda. Last.fm ma znacznie bogatsze ich profile.

Szukając informacji dowiedziałem się,  że wytwórnia, która wielu z tych wykonawców promuje, organizuje castingi na przyszłe gwiazdy. Odniosłem wrażenie, że kryteria wyboru nie są ściśle powiązane z muzyką. Mam też wrażenie, iż podczas rozmowy z kobietą wyrażana jest kwestia: ustawimy Cię, ale przynajmniej w jednym teledysku musisz wystąpić całkiem nago. Odpowiednio to zrobimy, żebyś nie świeciła…, albo jeszcze lepiej właśnie stamtąd błyśnie światło

Gdyby zacząć od określenia bułgarskie disco, pewnie coś by to mówiło, ale całości nie oddało. Podobno nie jest to też pop folk. Przyjdzie mi założyć, że chalga to właśnie nazwa „stylu”.

miód prosto z ula pszczół

Kto nie ma kontaktu z dziećmi, ten nawet nie wyobraża sobie jaką mają one pamięć i nie ma pojęcia, że chłoną one wszelkie informacje, jak gąbka. Dziecku mojemu ktoś kiedyś zaoferował kanapkę z miodem prosto z ula pszczół i od tej pory wie ono, że „miód prosto z ula pszczół” jest taką samą nazwą produktu, jak szyneczka, dżem, czy jabłko i życząc sobie kanapkę z tym właśnie produktem wymienia zawsze pełną jego nazwę :)

Slipping through my fingers

Tym razem za tytuł postu posłużył tytuł piosenki, której słucham ostatnio z niemalejącym (i zarazem wysokim oczywiście) entuzjazmem. Wykonanie, które mnie urzekło i zarazem jedyne, które jest mi znane pochodzi z filmu Mamma mia i jak można się domyślić pochodzi z którejś z płyt zespołu Abba. Z racji częstego słuchania przychodzi mi słowa utworu i emocje przez utwór wzbudzone (zostawiam sobie prawo do niezrozumienia tego, co autor miał na myśli, więc nie o zamyśle mówię, a o tym, co sam odbieram) wiązać z różnymi sytuacjami. Pierwsza kwestia to ta, poruszona w filmie – czas płynie szybko i nawet nie wiemy kiedy dzieci nasze stają się dorosłe. Choć sytuacja wydawała mi się dość abstrakcyjna, to emocje budziła silne. Może moja reakcja nie wynikała z sytuacji opisywanej, lecz z  mojego własnego sposobu reagowania na muzykę. Możliwe.
Druga kwestia to już całkiem praktyczne zagadnienie. Zajmując się milionem rozmaitych rzeczy, głównie poza domem, nawet jeśli wskutek jakiejś formy przymusu, tworzymy sobie sami sposobność żeby utracić to, czego odzyskać się nie da. Czas spędzony z rozwijającym się dzieckiem. To przykre, że docenić łatwiej jest to, co straciliśmy…
No i trzecia sprawa – slipping through my fingers, czyli coś mi umyka. Nawet nie zauważyłem, kiedy sam się wpędziłem w potrzebę reagowania na cudze wypowiedzi. Nie mając nic do powiedzenia zacząłem się czuć jakoś nieswojo. Zdążyłem utworzyć zalążki dwóch kolejnych wpisów i z różnych przyczyn jakoś tego nie skończyłem. Z jednej strony chciałem zareagować szybko, ale że raz już szybko przestała mi się szybka reakcja podobać, wolałem zrobić to na spokojnie. Na spokojnie okazało się, że na szybko się nie da i (przynajmniej ja) potrzebuję czasu i zastanowienia się.  Umknęła mi więc i jedna i druga szansa na szybką reakcję. Minęło kilka dni i okazało się, że nie było to dla mnie aż tak istotne.

Są rzeczy ważne i ważniejsze. Są też nieważne. Życząc wszystkim mądrości życiowej, w czas przychodzących refleksji i czasu na zastanowienie się i ustawienie zdrowej hierarchii, na dziś kończę, wracając do miliona spraw, głównie poza domem, nawet jeśli wskutek pewnej formy przymusu…