ta słynna niemiecka solidność…

Tym razem wyjątkowo będzie na temat. Na portalu dla tłumaczy pojawiło się ostatnio ogłoszenie, które trochę mnie rozbawiło. Oto ono:

Niby nic dziwnego – poszukiwany jest między innymi tłumacz włosko-polski. Umieszczenie ogłoszenia w kategorii angielsko-polskiej powoduje, że nie odpowie na ogłoszenie zwykły tłumacz włosko-polski (bo ten się o ogłoszeniu nie dowie), ale taki, który zna również język angielski i z niego na nasze tłumaczy. Lepszy to specjalista, bo zna dobrze przynajmniej trzy języki. Na końcu ogłoszenia pojawia się dodatkowo wymaganie, aby osoba podejmująca się zadania z urodzenia władała językiem niemieckim. Nie słyszałem wcześniej, że niemieckojęzyczni tłumacze lepiej nadają się do tłumaczenia włoskich tekstów, ale słyszałem o niemieckiej solidności i pewnie słyszał o niej autor ogłoszenia :)

DHL = wstyd sikać w majtki

Niewiele więcej niż dziesięć lat mając, na jakimś spotkaniu rodzinnym wpadły mi w ręce rękawiczki z, jak się później okazało, angielskojęzyczną metką. Na metce było na pewno słowo „quality”. W owym czasie chyba nawet rosyjski był mi obcy, więc o znaczenie słowa pytałem obecnych na spotkaniu starszych. Stryjek bez chwili zwątpienia wyjaśnił, że słowo wspomniane to odpowiednik naszego „rękawiczki”. Tym, którym język angielski jest obcy spieszę donieść, że przez następne dziesięć lat błędnie rozumiałem znaczenie tego słowa. Zgaduję, że stryjek językiem angielskim nie włada, odpowiedział mi dla żartu i bez premedytacji, ale myślę też, że do głowy mu nie przyszło wówczas, że przez wiele kolejnych lat żył będę w przekonaniu, że udzielił mi prawidłowej informacji…

Kilka dni temu syn, wskazując na model samolotu w barwach wspomnianej firmy kurierskiej, zapytał co jest tam napisane. Jak już się pewnie nawet osoby niewładające językiem angielskim domyślają, z wciąż żywym wspomnieniem nieortodoksyjnego podejścia do wskazówek w zakresie preferowanych miejsc oddawania moczu i jednak z pełną premedytacją wykorzystałem przewagę, jaką dała mi umiejętność czytania, a raczej brak tej zdolności u syna.

Przyznać muszę, że on jednak jest mniej bezkrytyczny i mimo braków edukacyjnych zwietrzył podstęp i wiary moim słowom nie dał…

dzień bez samochodu

Ja wiem, że to trochę po terminie, ale jakoś nie mogłem się wcześniej zebrać, a szkoda o tym zapomnieć.
Zapytałem koleżanki jak to jest, że mamy dzień bez samochodu, a przed biurem stoi jej auto. Odpowiedziała, że wie że to dzień bez samochodu i jak najbardziej obchodzi – wstając rano powiedziała swemu chłopu – kochanie, dziś masz dzień bez samochodu…

swój warsztat pracy utrzymuj w czystości

Od kilku dni przymierzam się do rozważenia celowości prowadzenia blogu. Pisemnego rozważenia. Czas jakoś trudno mi na to wygospodarować, więc to odsuwam i odsuwam. Na krótki wpis jednak się dziś skuszę, bo zostałem zaskoczony…

Uznałem za stosowne użycie narzędzia do debugowania (kiedyś widziałem obrazek opisujący muszlę klozetową i okolice w terminologii IT – teraz tego samego nie znalazłem, ale widać że i ktoś inny nie znalazł i przerysował od nowa, by potem umieścić tu)

Moje narzędzie jest zbudowane na innym frameworku i przez to nie tak dobrze radzi sobie ze strumieniowaniem danych przez zapchaną magistralę, ale za to lepiej nadaje się do zbierania pofragmentowanych plików. Generalnie chyba każdy widział kiedyś oba rodzaje i wie o czym mówię.

Podobnie, jak na obrazku, mam narzędzie obok jednostki centralnej, z tą różnicą że w miejscu źródła dodatkowych danych stoi kosz na bieliznę. Narzędzie podnosiłem nie pierwszy raz, więc nie monitorowałem na bieżąco położenia. Szkoda. Najwyraźniej ręka zeszła zbyt mocno na lewo, bo narzędzie zahaczyło o krawędź kosza. Kto pryskał kiedyś wodą ze szczoteczki do zębów, ten wie jak to działa. Poczułem na twarzy kilka kropli. Jak to mówią: wszystko jest zabawne, dopóki przydarza się komuś innemu. Zamiast zakląć szpetnie wolałem parsknąć śmiechem. W końcu mogła to być publiczna toaleta, gdzie szczotka ma na sobie jakieś pozostałości „pofragmentowanych plików”…

Nowa płyta Within Temptation

Kilka dni przed końcem września przyszedł do mnie email, że Within Temptation wkrótce wyda nową płytę (An Acoustic Night At The Theatre). Odkąd ich tylko polubiłem, zawsze przysyłają mi takie informacje. Zwykle też informują w jaki sposób mogę taką płytę zamówić, by otrzymać ją wkrótce po wydaniu, i to sobie bardzo cenię. Gdybym miał możliwość płacić tylko zespołowi, to by już była rewelacja. Ale skoro nie praktykuje się odcinania pasibrzuchów od twórców i muszę zapłacić za ich wygodne życie oraz promocję wykonawców, których wygoniłbym, gdyby przyszli przekazać mi nieodpłatnie owoc swej twórczości, to trudno. Ale dosyć wycieczce – dostałem maila, na którego zareagowałem tak, jak za każdym poprzednim razem, czyli składając zamówienie w trybie preorder. Wniosłem opłatę i czekam nadejścia ostatniego dnia miesiąca, bo 30 to data wydania. Ja wiem, że poczta musi mieć kilka dni na dostarczenie przesyłki z Holandii (choć raz przesyłka pocztowa z USA dotarła do mnie chyba w dwa dni robocze!), więc dni mijają, a ja czekam. Minął 30, więc nerwowo rozglądam się za listonoszem, ale on się nie pojawia. Minął siódmy dzień kolejnego miesiąca, więc zaczynam się zastanawiać, czy moją przesyłkę szlag trafił i mogę sobie zamówić ponownie. Minął 15 i cierpliwości mi nie starczyło – szukam w korespondencji potwierdzenia zamówienia. Jest. Jest potwierdzenie, że wpłatę otrzymali, jest też link do strony z informacjami na temat stanu realizacji zamówienia. Order in process. Co to znaczy?

Piszę maila na adres znaleziony na stronie, że czekam długo, że za kilka dni miesiąc odkąd zamówiłem i zapłaciłem!, że wcześniej nie musiałem tyle czekać, że w końcu co to znaczy to Order in process! Nie minęły dwie godziny, jak w skrzynce pojawiła się odpowiedź. Miło nam, że Pan napisał. Zespół wyda płytę 30 października i gdy tylko to nastąpi, wyślemy Panu płytę. Łączymy wyrazy szacunku…

Październik. No tak, October to październik. Taaa…

Trochę głupio się poczułem…

Niby nazwy miesięcy w języku angielskim nie są mi obce, ale trzeba czytać ze zrozumieniem, a nie napalać się bezmyślnie…

Mało na tej płycie będzie nowych utworów, ale będzie Utopia. To całkiem nie w ich klimatach, ale mnie się podoba. I całość chyba akustycznie. Widać, że nie do końca czytałem tego maila.

mleko uchate

Przy okazji wrzucania poprzedniego wpisu przypomniała mi się scenka sprzed wielu lat.

Wchodzę ja do sklepu spożywczego i pytam sprzedawcy, czy ma mleko UHT. W odpowiedzi usłyszałem:
– uchatego nie mamy, ale mamy łaciate.

dla teściowej…

Niedawno byłem w aptece po syrop na kaszel. Był już raczej późny wieczór. Aptekarz zwrócił mi uwagę:
– niech pan tego nie łyka już wieczorem, kaszel panu spać nie da
– a nie, to dla teściowej… – odpowiedziałem natychmiast
Mina gościa zanim dokończyłem, że ona jest lekarzem i pewnie to wie – BEZCENNE.